Dowgwillo_kop

Witamy    |    Nazwisko    |    Herb    |    Genealogia    |    Koligacje    |    Pamiątki z podróży    
  Represjonowani    |     Lekcja historii    |     Aktualności   |    Żołnierze Wyklęci     |    Matki Polki
   Polskie Kresy     |    Śpiewnik wileński    |    Nakład wyczerpany




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

MÓJ WRZESIEŃ 1939 ROKU I UCIECZKA Z OSTROGA

Na podstawie wywiadu opracowała Barbara Dominiczak

        
        Ostróg – miasteczko położone nad rzeką Horyń, która tworzyła linię graniczną polsko – sowiecką (od1920 do 1939 roku). W latach międzywojennych stacjonował tam19 Pułk Ułanów i 11 Batalion Korpusu Ochrony Pogranicza. W społeczności miejskiej – wielonarodowej - wojsko stanowiło odrębną grupę uczestnicząca w życiu mieszkańców organizując różne imprezy kulturalne i sportowe, a przede wszystkim zapewniało bezpieczeństwo. W sierpniu 1939 roku ostrogski garnizon został odtransportowany koleją na zachód w celu koncentracji jednostek wojskowych bliżej granicy niemieckiej – w rejonie obszaru częstochowskiego. Mobilizacja ta była spowodowana przez agresywne ośrodki władz hitlerowskich. 
        Nadszedł 1 września, a wiec wojna. Zbrojne dywizje niemieckie wkraczają na nasze ziemie. Poszczególne oddziały wojska polskiego walczą, broniąc się w marszu odwrotowym. Ulegają przewadze sił armii niemieckiej – jednostkom świetnie wyposażonym w broń pancerną i oddziały zmotoryzowane. 
        Z dużym zainteresowaniem czytałem wówczas gazety i słuchałem radia. Umysłem dziecka oceniałem wydarzenia frontowe, wierząc w nasze wojsko, które tak ładnie prezentowało się na defiladach i defiladach wyczynach sportowych. 
        17 września bez wypowiedzenia wojny wkroczyło do Ostroga wojsko sowieckie. Najeźdźcy wkrótce zajęli całe Kresy Wschodnie – od północy do południa. Władze sowieckie z miejsca przystąpiły do nowych porządków. Zaczęły się represje wobec Polaków. Wielu rodzinom groziła deportacja głąb ZSRR. Według wcześniej sporządzonych przez miejscowych agentów NKWD list przygotowano wywózkę na Sybir. 
        Przypadkowo byłem świadkiem aresztowania wojskowych, co boleśnie utkwiło w mojej pamięci. 18 września już świadomy dramatu, jaki mógł dotknąć wszystkich Polaków. Wieczorem nie mogłem zasnąć, a sen był przerywany i pełen koszmarnych wizji. W ciągu dnia chodziłem przygnębiony. Podczas obiadu oparłem głowę o stół i z płaczem głośno powtarzałem; „ Nie mamy tatusia". 
        Nie ma już naszej Polski”. Mama czule tuliła mnie do siebie i wypowiadała słowa pocieszenia, że to się wszystko wkrótce zmieni ojciec powróci. Obok siedziała babcia ( mama ojca). Patrzyła na nas i w milczeniu ocierała łzy, płynące po policzkach. 
        Po pierwszym tygodniu września kazano nam opuścić miejsce zamieszkania w blokach na terenie koszar. Wozy konne ze skromnym dobytkiem ruszyły kolumną od bramy wyjazdowej w kierunku miasta. Przy bramie stała pokażna osób (około kilkadziesiąt), która demonstracyjnie wznosiła złośliwe okrzyki, m.in. „waszej Polski już nie ma! Wyjeżdżajcie stąd do ...!”. 
        Po kilku dniach stopniowo zacząłem przyzwyczajać się do otaczającej mnie rzeczywistości. Nieujawniony bunt spowodował, że stałem się bardziej odporny na upokorzenia jakich niemało doświadczałem i kłopoty dnia codziennego, spowodowane przez władze sowieckie i nieprzyjaznych nam ludzi, należących do mniejszości narodowych. Wraz z kolegami pragnąłem, wzorując się na bohaterach narodowych i literackich, dokonać czegoś ważnego. Przystąpiliśmy do zaopatrywania w żywność naszych żołnierzy – jeńców ( kilkanaście tysięcy), których sprowadzano na plac apelowy na terenie koszar 19 Pułku Ułanów. Nosiliśmy im chleb, owoce, słoninę i inne produkty kupowane za pieniądze otrzymywane od naszych matek. Były to moje pierwsze działania, czasem bardzo ryzykowne, bo mogły zakończyć się represjami. Za każdym razem strażnicy pilnujący jeńców odpędzali nas od ogrodzenia. 
        Krótki okres niesienia pomocy jeńcom wojennym skłonił nas (byłych harcerzy w eieku12-13 lat) do założenia tajnego zastępu Z.H.P. któremu przewodził i był inicjatorem syn burmistrza miasta Ostroga Antoni Żurakowski (ur.1923). wywieziony później wraz z całą rodziną w głąb ZSRR. Po dramatycznych przeżyciach na zesłaniu dotarł do organizującego się Wojska Polskiego na Bliskim Wschodzie. 
        W korpusie gen. Andersa brał udział w kampanii włoskiej, poległ na rzece Chienti 22.06.1944 r. Pierwsze trzy miesiące okupacji sowieckiej przetrwałem z mama i babcią, dzięki naszemu wujkowi (brat mamy), osadnikowi wojskowemu, który posiadał gospodarstwo rolne, znajdujące się osiem kilometrów od Ostroga, w gminie Chorów. Troszczył się o nasze warunki bytowania, zaopatrywał w żywność, był naszym „aniołem pocieszenia”. Wtedy do Ostroga niezauważeni wrócili do swych rodzin dawaj starsi doświadczeni podoficerowie 19 Pułku Ułanów (wachmistrz Kuchta i starszy wachmistrz Dobrowolski), którym udało się uniknąć niewoli. 
        W ukryciu przystąpili do organizowania ucieczki, to jest nielegalnego przejścia przez granicę do Generalnej Guberni. Dotyczyło to osób zagrożonych, szczególnie rodzin wojskowych i policyjnych. Ci dwaj życzliwi koledzy pułkowi ojca stwierdzili, że ze względna zawód taty nasza rodzina może być w pierwszej kolejności zesłana do ZSRR. Radzili mamie, by skorzystała z ich usług. Mama z wdzięcznością przyjęła propozycję. Powstał jednak problem, ponieważ babcia liczyła siedemdziesiąt sześć lat i nie nadawała się do ryzykownej ucieczki, jak również wysiłku fizycznego. 
        Po wkroczeniu armii sowieckiej władze okupacyjne dążyły do wcielenia zajętych ziem II Rzeczypospolitej doi swego obszaru. Już w pierwszych miesiącach dokonywano indywidualnych aresztowań, często skazując na śmierć zasłużone osoby z elit rządzących. Władze NKWD zaplanowały cztery wielkie deportacje obywateli (około1,7 milionów, w tym 60% Polaków). Istocie celem było zniewolenie, wynarodowienie i wyniszczenie intelektualnej czołówki Polaków. 
       W lutym 1940 roku dokonano pierwszej deportacji, która objęła urzędników państwowych, samorządowych oraz osadników wojskowych. Nie ominęła ona również mieszkańców Ostroga i okolic. Rozpoczęły się aresztowania całych rodzin, kierowanych do transportu kolejowego na Wschód. Tam też trafiła rodzina mego wujka – matka, żona, dwoje dzieci i babcia. Babcia w czasie tej akcji broniła się, gdy siłą prowadzono ja do wagonu towarowego. 
       Nie chciała jechać w nieznane. Jej opór okazał się nadaremny. 
       Pociąg ruszył, jednak na stacji Szepietówka sowiecki konwojent, zirytowany płaczem zrozpaczonej staruszki, wypuścił ja ze słowami: ”Idi, ty i tak padachniosz”. Gdy siedziała przerażona na stacji dworcowej, nieznajomy, prawdopodobnie Polak, zaopiekował się nią i odwiózł pociągiem z powrotem do Ostroga. Nie żyła już długo, zadręczał ją lęk o wywieziona rodzinę. Obawy babci były uzasadnione. Mój wujek, przeżył (trafił do Armii Andersa i z nią przeszedł cały szlak bojowy, między innymi brał udzie w bitwie pod Monte Ciasno), ale jego żona i dwoje dzieci zmarli z głodu u chorób na zesłaniu. Los mamy i mój potoczył się inaczej. 
       
       Już w grudniu 1939 roku byliśmy przygotowani do ucieczki na teren Generalnej Guberni. Wtedy wujek, którego Odyseja rodzinna miała się wkrótce zacząć, odwiózł nas na miejsce spotkania poza miasto. Tam czekała już przygotowana do drogi spora grupa uciekinierów. Saniami kolejno opuszczali osadę. Ruszyliśmy i my w podróż, która trwała cztery dni. Jadąc od świtu do nocy ( około 60 km. dziennie) przemieszczaliśmy się bez komplikacji od wioski do wioski, zmieniając tylko przewodników i woźniców. Towarzyszył nam żal, iż opuszczamy rodzinne miasto, zostawiając cały dobytek na pastwę losu. Wyjeżdżając wraz z matka z Ostroga nie przypuszczałem, że już nigdy nie zobaczę rodzinnych stron, po wojnie nie było powrotu do miejsca mojego dzieciństwa. Oddalając się coraz bardziej od ojczystego domu niepokoiliśmy się o to, co będzie dalej. Na szczęście przewodnicy wiedzieli jak omijać sowieckie placówki, więc dotarliśmy bez przeszkód do pasa granicznego pod Małkinią. Dalszy etap naszej (mamy i mojej) podróży miał określony cel – dotarcie do rodziny mieszkającej w Tomaszowie Lubelskim. Gdy nocowałem w ostatnim postoju w przygranicznej wiosce, wojenne piekło wtargnęło w moje życie. Rano budząc się w tej scenerii, słyszę szczekanie psów. Podchodzę do okna i widzę na wozie zwłoki pomordowanych. Obraz ich zakrwawionych rąk i ubrań wstrząsnął mną do głębi. Dowiedziałem się, że byli to pechowi uciekinierzy, którzy próbowali przemknąć się na teren Generalnej Guberni. 
        Dramatyczne przeżycie towarzyszyło mi bez przerwy, gdy wraz z grupą (około 30 ludzi) szedłem przez las w kierunku granicy, a przewodnicy otuleni w białe prześcieradła ( by nie byli widoczni na śniegu) wyglądali jak widma. Miałem wtedy trzynaście lat. Byłem drobny a wyobrażnia osłabiła moje siły tak, że nie nadążałem za sznurem ludzi idących gęsiego przez obcy las. Zgubiliśmy się z mamą w jego gęstwinie. 
        Organizator ucieczki starszy wachmistrz Dobrowolski zorientował się, że nas brakuje. Zatrzymał grupę i cierpliwie penetrował teren, aż nas odnalazł. Nie miałem sił, by brnąc dalej przez śnieg, więc wziął mnie na plecy i niósł, aż do przejścia przez pas graniczny. Choć to nie była krótka droga, z duszą na ramieniu, ale szczęśliwie przekroczyliśmy pilnie strzeżona granicę. 
        A teraz zastanawiam się nad tym jak precyzyjny był plan przeprowadzenia zagrożonych rodzin poza zasięg władzy sowieckiej. 
        Do dziś nie mogę dowiedzieć się, czy tę akcję zorganizowali ludzie dobrej woli, czy było to działanie powstającego Polskiego Państwa Podziemnego. Najważniejsze, że mama i ja oraz wiele innych osób zawdzięczają im uratowanie przed deportacją na Syberię. 
        Gdy wspominam tamte czasy również z dużym uznaniem wspominam tych wspaniałych przewodników, którzy narażając swoje życie pomagali w ucieczkach prześladowanym rodakom.

Zbigniew Pisecki